Strony

STRONY

12 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. II

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)
Cz. II



 Józef Piłsudski jako ten, który stał się symbolem owej odrodzonej polskiej Niepodległości, był też uznawany za najbardziej godnego najwyższych stanowisk w państwie, w tym stanowiska prezydenta. Jednak ponieważ konstytucja uchwalona w marcu 1921 r. przyznawała przyszłemu prezydentowi bardzo słabe prerogatywy (przeciwnicy Piłsudskiego zadbali bowiem o to, żeby nie miał On zbyt dużej władzy, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że to On zapewne zostanie wybrany pierwszym prezydentem odrodzonego Państwa), Marszałek odmówił kandydowania i jako swojego kandydata wyznaczył (czy też raczej poparł) dotychczasowego ministra spraw zagranicznych - Gabriela Narutowicza. Ten wygrał wybory - 9 grudnia 1922 r. (wówczas prezydenta wybierały połączone izby Sejmu i Senatu czyli Zgromadzenie Narodowe) i od 11 grudnia pełnił funkcję pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety, ponieważ wsparły go głównie stronnictwa lewicowe i mniejszości narodowe, Chrześcijańska Demokracja, a szczególnie Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego i gen Józefa Hallera (von Hallenburga, pod którego dowództwem notabene służył mój pradziadek, również Niemiec z pochodzenia) stworzyły wokół jego osoby taką atmosferę niechęci i nienawiści, że człowiek, który miał lekko zaburzone pojęcie psychicznej sprawczości, a do tego był zdeklarowanym nacjonalistą - Eligiusz Niewiadomski zamordował Gabriela Narutowicza już 16 grudnia 1922 r. w gmachu warszawskiej Zachęty, podczas oglądania obrazów.




Narutowicz był pierwszym prezydentem odrodzonej Polski, a jednocześnie jego zabójstwo było pierwszym i jedynym takim przypadkiem w całej historii Polski, w której głowa państwa - czy to prezydent, naczelnik państwa, czy też król - zostałaby usunięta za pomocą morderstwa. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, żaden król Polski nigdy nie został zabity. Wszędzie w Europie, czy to we Francji, w Anglii, również w Hiszpanii, we Włoszech, w Portugalii czy w innych krajach notorycznie wręcz mordowano panujących, w Polsce nigdy to się nie zdarzyło. Co prawda doszło do dwóch nieudanych prób zamachu na monarchów (jeden w 1523 a drugi w 1620), ale to były doprawdy wyjątki potwierdzające regułę. Dlatego też śmierć Narutowicza była tak tragicznym, a jednocześnie tak wyjątkowym wydarzeniem w dziejach naszego Narodu. Niewiadomski twierdził oczywiście potem że dokonał zamachu na Narutowicza nie dlatego, że nie lubił Narutowicza jako człowieka, tylko dlatego, że stał się on symbolem tego, co Niewiadomski uznał za niezwykle szkodliwe dla Polski (wcześniej planował również zamach na Piłsudskiego, gdyby ten przyjął stanowisko prezydenta). Nowym prezydentem wybrany został 20 grudnia 1922 r. Stanisław Wojciechowski, były socjalista i towarzysz Piłsudskiego z PPS-u, a potem związany częściowo z obozem narodowym i z ludowcami. Marszałek Piłsudski zaś 3 lipca 1923 r. (podczas przyjęcia w Sali Malinowej Hotelu Bristol w Warszawie) zapowiedział swoje odejście z polityki i powrót do zacisza domowego, do Sulejówka, gdzie miał mały dworek o nazwie "Milusin", ofiarowany mu wcześniej ze składek społeczeństwa. Jednak żegnając się ze swymi współpracownikami ze Sztabu Generalnego zakończył Marszałek swoje słowa, mówiąc: "Do widzenia, panowie". A już parę tygodni później jego zwolennicy zaczęli porównywać wyjazd Marszałka do podwarszawskiej miejscowości z zesłaniem Napoleona na wyspę Elbę. Już w październiku 1923 r. niejaki Władysław Baranowski (który odwiedził Marszałka w Sulejówku) napomknął mu o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych, mającej na celu przywrócenie Piłsudskiego do władzy w państwie. Piłsudski był tym pomysłem bardzo wzburzony i stwierdził: "Tego ja absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam - jeśli zapytujecie o moje zdanie i z nim się liczycie. Jako politycy, jako zwykli obywatele robić możecie tak, jak wam nakazuje przekonanie, to sprawa waszego sumienia. Do wojska jednak z tego rodzaju propozycjami zwracać się nie wolno" - jest to również ukazane w poniższym fragmencie.


OKRES OD LIPCA 1923 DO MAJA 1926 BYŁ NAJSZCZĘŚLIWSZYM CZASEM DLA RODZINY PIŁSUDSKICH, O CZYM POTEM WSPOMINAŁY CÓRKI MARSZAŁKA



Realnie Marszałek zaczął rozważać opcję siłową - choć nie zamach - dopiero w roku 1925, szczególnie gdy październiku tego roku w Locarno trwały rozmowy pomiędzy przedstawicielami Francji, Niemiec, Belgii, Wielkiej Brytanii i Włoch na temat powojennego ostatecznego uregulowania wzajemnych granic. Problem tylko polegał na tym, że w podpisanym 1 grudnia 1925 r. w Londynie dokumencie, wschodnie granice Niemiec z Czechosłowacją i Polską pozostawały nadal nie potwierdzone i nieuregulowane, co pozostawiało Niemcom w przyszłości możliwość rewizji owych granic. Licząc się z tym faktem 15 listopada 1925 r., czyli w pierwszą niedzielę po siódmej rocznicy powrotu Marszałka z twierdzy magdeburskiej, do Sulejówka manifestacyjnie zjechało specjalnym pociągiem kilkuset oficerów i 12 generałów służby czynnej, którzy demonstracyjnie wzywali Piłsudskiego do przejęcia władzy. Marszałek jednak nie zareagował i oficerowie musieli wrócić do swoich jednostek (co dla niektórych zakończyło się zesłaniem do odległych garnizonów, gdyż władze nie mogły już udawać że nic się nie stało). 




Jednak myśl o demonstracji wojskowej w celu wywarcia wpływu na rząd, potęgowała się w Józefie Piłsudskim z każdym kolejnym miesiącem i gdy 8 maja 1926 r. minister spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski (ten, który w październiku 1920 r. zajął Wilno, które postanowieniami zwycięskich mocarstw miało zostać włączone do Litwy - oficjalnie twierdząc że dowodzone wówczas przez niego oddziały zbuntowały się) mianował Piłsudskiego zwierzchnikiem manewrów kilku pułków garnizonu warszawskiego na poligonie w Rembertowie, Marszałek uznał że jest to dobra okazja do zademonstrowania swoich wpływów w wojsku (które politycy opcji narodowo-ludowej próbowali podważyć). Co prawda już 10 maja nowy minister obrony odwołał ćwiczenia, ale oddziały nie powróciły już do koszar.


gen. JÓZEF HALLER 
von HALLENBURG
(W Błękitnej Armii Hallera we Francji podczas I Wojny Światowej służył mój pradziadek)



12 maja o godzinie 7:00 rano Marszałek wyjechał z Sulejówka (prosząc żonę aby przygotowała mu obiad na 14:30 - jak zwykł jadać obiady). Chciał bowiem spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i z tego powodu udał się do Belwederu. Tam jednak okazało się że prezydenta nie ma i że wyjechał do Spały. Jednocześnie na warszawskich ulicach gazeciarze zaczęli reklamować wydanie "Przeglądu Wieczornego" z symbolicznym tytułem: "Zamach na Marszałka Piłsudskiego". Napisano tam bowiem, że w nocy posiadłość Marszałka w Sulejówku została zaatakowana przez grupy "jakichś podejrzanych indywiduów", które miały ostrzelać zabudowania z karabinów i rewolwerów. Potem okazało się to nieprawdą, ale taka właśnie informacja poszła do społeczeństwa. Kierując się tymi właśnie informacjami, oficerowie skupieni wokół Marszałka stwierdzili, że muszą stanąć w obronie zaatakowanego i zwrócili się do swych dowódców o wydanie zarządzeń dla ochrony bezpieczeństwa Piłsudskiego i jego rodziny oraz domu. Gen. Prich dowódca Centrum Wyszkolenia stwierdził że rozkazy jakie otrzymał do tej pory, sugerują raczej że powinien skierować się przeciwko Marszałkowi, co spowodowało niezadowolenie i samorzutne pogotowie żołnierzy i oficerów w całym garnizonie warszawskim i w kilku innych. Wreszcie w stronę Warszawy wyruszyły oddziały z garnizonów w Siedlcach i w Mińsku Mazowieckim. Marszałek o godzinie 16:00 dotarłszy na Pragę, nakazał zatrzymanie marszu tych jednostek. Premier Wincenty Witos był gotów ustąpić, bo takie było żądanie Piłsudskiego - dymisja rządu, ale jednocześnie był zapewniany przez niektórych generałów (w tym Tadeusza Tarnawę-Malczewskiego) że łatwo sobie poradzą z buntem Piłsudskiego i że nie należy ustępować. Należy tutaj dodać że sam prezydent Wojciechowski nie był zwolennikiem rządu Witosa i też chciał jego ustąpienia, także z pewnością dogadałby się z Piłsudskim (tym bardziej że dobrze się znali jeszcze z czasów PPS-u), ale prezydenta mocno oburzyło to, że Piłsudski był w stanie przeprowadzić ową demonstrację wojskową (jak sam mówił, a jak uważał Wojciechowski zamach stanu), tym bardziej że wcześniej, podczas rozmowy z Marszałkiem uzyskał od niego zapewnienie że do niczego takiego nie dojdzie. Gdy więc obaj panowie spotkali się 12 maja na moście Poniatowskiego, Wojciechowski występował tutaj jako oburzony całą tą sytuacją i od razu zakomunikował Piłsudskiemu: "Stoję na straży honoru Wojska Polskiego, reprezentuję tutaj Polskę". Ostatecznie z tej rozmowy nic nie wyszło (a Piłsudski nawet w pewnym momencie złapał Wojciechowskiego za poły fraka) i obaj panowie się nie dogadali.

Obawiając się najgorszego (bowiem Piłsudski nie chciał robić żadnego zamachu i to trzeba sobie jeszcze raz uzmysłowić, a jedyne czego chciał to zademonstrować swoją siłę i swój wpływ na wojsko, który to był notorycznie podważany przez niechętnych mu polityków i oficerów), postanowił Marszałek porozmawiać z dowodzącym oddziałami zabezpieczającymi drugą stronę mostu. Podszedł do młodego porucznika stojącego po tamtej stronie. Ten, na widok Marszałka stanął na baczność i zasalutował, po czym Piłsudski zapytał: "Drogie dziecko, będziesz do mnie strzelał?", na co ten odpowiedział: "Taki otrzymałem rozkaz, panie Marszałku?". Po owej rozmowie z młodym oficerem na moście Poniatowskiego, Piłsudski już kompletnie się załamał. Jego najbliżsi współpracownicy nigdy nie widzieli go w takim stanie, a przecież były znacznie poważniejsze momenty w czasie I Wojny Światowej i podczas Wojny z bolszewikami. Piłsudski zamiast myśleć o podjęciu walki (lub przynajmniej załagodzeniu w jakiś sposób tej sytuacji - chociaż wówczas nie było już możliwości rozejścia się oddziałów do koszar bez żadnych konsekwencji dla sprawców tego "buntu") to zaczął opowiadać swoim współpracownikom o czasach, gdy był komendantem Pierwszej Brygady Legionów i wcześniej jeszcze przytaczał różne opowieści z czasów walki z caratem. W pewnym momencie nawet od strony Pragi przybył korpus kawaleryjski ze wsparciem dla sił rządowych, Marszałek na wiadomość o tym... kazał ich przepuścić przez most. Było oczywiste że nie nadaje się do wydania jakichkolwiek rozkazów i dokończenia tego, co już się działo (dla Niego bowiem ów zamach stanu mógł się szybko przerodzić w wojnę domową, która doprowadziłaby do katastrofy państwo polskie, gdyby włączyły się w nią takie kraje jak Związek Sowiecki czy Niemcy). A przecież nawet jeśli Piłsudski był pogodzony ze śmiercią (zresztą ten pajac - Malczewski groził, że skończy jak buntownik, nawet nie rozstrzelany a powieszony), to na taki los na pewno nie byli gotowi Jego współpracownicy i to właśnie oni kontynuowali, a raczej rozpoczęli właściwy bunt. Dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął teraz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer (co ciekawe - ten również miał niemieckie korzenie) i podpułkownik Józef Beck i to oni doprowadzili tę operację do końca.


gen. GUSTAW ORLICZ-DRESZER



O godzinie 19:00 12 maja padły pierwsze strzały najpierw na moście Kierbedzia, a następnie - po wyparciu stamtąd oddziałów rządowych - siły Piłsudskiego dotarły do Placu Zamkowego i do Śródmieścia (konkretnie do Dworca Głównego). Rząd ogłosił stan wojenny, jednak już następnego dnia na rozkaz Marszałka walki wstrzymano, gdyż podjęto się prób mediacji (z takimi zamiarami wystąpił marszałek Sejmu Maciej Rataj i arcybiskup kardynał Aleksander Kakowski). Witos ponownie zapowiedział iż gotów jest ustąpić, ale znów nie zgodziło się na to jego otoczenie. Po południu 13 maja siły rządowe przeszły do kontrataku, lecz po kilku początkowych sukcesach ich natarcie się załamało i teraz oddziały Piłsudskiego przeszły do ataku, zajmując Cytadelę na Żoliborzu, Stare Miasto, Muranów i Wolę. Siły rządowe stacjonowały na południu Warszawy, na Mokotowie, Ochocie i w Wilanowie. 14 maja na stronę wojsk wiernych Piłsudskiemu przyszły kolejne oddziały garnizonu warszawskiego, co spowodowało że siły te dotarły pod Belweder - siedzibę prezydenta Rzeczpospolitej (a wówczas również i rządu). Natychmiast prezydent i członkowie rządu zostali ewakuowani do Wilanowa, z tym że drogę tę musieli przyjść pieszo. Wielu oficerów wiernych rządowi było zdeterminowanych walczyć dalej, ale członkowie gabinetu z samym Witosem nie chcieli już tego, podobnie zresztą prezydent. Piłsudski zaś bardzo obawiał się interwencji sowieckiej i niemieckiej, dlatego też kategorycznie zakazał ściągnięcia oddziałów ze wschodnich i zachodnich regionów kraju. Twierdził też, że gdyby doszło do takiej wspólnej interwencji przeciwko Polsce, nie bylibyśmy w stanie powstrzymać wojsk sowieckich i niemieckich i doszłoby do kolejnej utraty państwowości, Piłsudski dodał że tego już by nie przeżył. Podobnie myślał prezydent Wojciechowski, który stwierdził: "Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety". Rząd złożył dymisję 14 maja i również prezydent tego dnia zrezygnował z urzędu. Łącznie podczas owych trzech dni majowych w Warszawie walczyło ok. 18 000 żołnierzy, z czego 6 000 po stronie rządu. A zginęło 379 osób w tym 164 cywilów (były też takie przypadki, że ludzie ginęli w głupi sposób, jak choćby pewna rodzina, która wyszła na balkon żeby popatrzeć na toczące się walki. Wszyscy zginęli, gdy w balkon trafił pocisk-rykoszet). 920 osób zostało rannych. Zamachowi temu przysłużyły się również stronnictwa polityczne, jak choćby Polska Partia Socjalistyczna, która zorganizowała strajk powszechny dzięki czemu zablokowano węzły kolejowe w Kutnie, co wstrzymało jadące na odsiecz rządowi pułki z Wielkopolski i Pomorza (notabene w tamtym czasie - licząc na własne korzyści - Piłsudskiego poparła również Komunistyczna Partia Polski, o czym jeszcze będę pisał w innym temacie). Teraz nastąpiła "Nowa Polska". Nowa, czyli jaka?

Warto tutaj wspomnieć również i o tym że Józef Piłsudski bardzo postarzał się w ciągu tych trzech dni majowych roku 1926. Jak już wspomniałem wyżej, wychodząc z domu rano 12 maja poprosił żonę aby przygotowała mu obiad na godzinę 14:30. Lecz gdy ujrzała go ponownie 14 maja w godzinach wieczornych, nie mogła go poznać. Bardzo się zmienił, postarzał na twarzy i posiwiał. To też pokazuje jak wielkie piętno wywarły na Nim te trzy majowe dni, które mogły przecież doprowadzić do upadku państwa polskiego gdyby walki przedłużyły się choćby o kilka tygodni. Sowieci, a również i Niemcy tylko czekali żeby móc interweniować w wewnętrzne sprawy Polski i tym samym wyzyskać dla siebie z tego korzyść.




Celem Piłsudskiego od początku była walka ze złodziejami, politykierstwem sejmowym (sejmowładztwem) i z rozkładem moralnym jak i zapanował w pierwszych latach po odzyskaniu Niepodległości. Twierdził Marszałek że potrzebna jest "sanacja moralna kraju" (stąd potem wzięła się nazwa rządów po-majowych, zwanych zbiorczo "Sanacją"). Celem Piłsudskiego było również wzmocnienie państwa zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, ale ta rewolucja której dokonał owym zamachem, była - jak to określił sam Piłsudski: "Rewolucją bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji". I rzeczywiście, nie zostały rozwiązane żadne niechętne Piłsudskiemu (i zwalczające go często w sposób ubliżający ludzkiej godności) partie czy stronnictwa polityczne. Nie zostały rozwiązane żadne opozycyjne wobec Piłsudskiego gazety - wszystko było praktycznie tak samo jak wcześniej. Opozycja normalnie funkcjonowała, wybory nadal przeprowadzano (po uchwaleniu nowej konstytucji w kwietniu 1935 r. partie polityczne już nie startowały w wyborach do Sejmu i Senatu, a głosowano na poszczególne osoby, najczęściej reprezentujące jakieś środowiska lub stronnictwa społeczne czy grupy zawodowe i uważam że my również powinniśmy dziś wrócić do tej idei, projektując nową konstytucję pod patronatem pana prezydenta Karola Nawrockiego - gdyż nowa konstytucja musi być projektem społecznym, nie politycznym), z tym tylko (i to była jedyna różnica jaką wprowadzono po maju 1926 r.) że co prawda opozycja mogła sobie istnieć, mogła krytykować rząd w dalszym ciągu tak jak dotąd, ale... nie miała już praktycznej możliwości przejęcia władzy. Piłsudski - choć spodziewano się że teraz wybrany zostanie prezydentem - ponownie odrzucił to stanowisko i poparł Ignacego Mościckiego, który został wybrany przez połączone izby Sejmu i Senatu - 4 czerwca 1926 r. Był więc już trzecim prezydentem odrodzonej Polski od grudnia 1922 r. ale zarazem ostatnim (bowiem kadencja prezydenta Rzeczpospolitej trwała 7 lat i Mościcki - wybrany ponownie w 1933 r. - przy braku kontrkandydatów, gdyż poszczególne partie nie wystawiły swoich reprezentantów - swoją funkcję sprawował aż do inwazji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Marszałek Piłsudski zaś zadowolił się stanowiskiem Głównego Inspektora Sił Zbrojnych i pozostał nim do swej śmierci w maju 1935 r. (Marszałek zmarł dokładnie 12 maja 1935 r. w 9 rocznicę zamachu majowego). Natomiast ustrój panujący w Polsce po maju 1926 r. sprawiał ogromną trudność zagranicznym politykom dziennikarzom i korespondentom politycznym, którzy pisali o naszym kraju i o nich właśnie chciałbym teraz powiedzieć, gdyż polski ustrój wymykał się wszelkim klasycznym definicjom i był całkowitym novum w ówczesnej polityce.

Nim przyjdę dalej, chciałbym wyjaśnić również dlaczego uważam ten majowy zamach roku 1926 za konieczny i dlaczego użyłem określenia: "zbawienny gwałt". Otóż o ile po zakończeniu Wojny z bolszewikami i przyjęciu konstytucji marcowej roku 1921 jeszcze można było mówić o w miarę stabilnej sytuacji politycznej w kraju, to jednak w ciągu kolejnych lat mocno się to zmieniło. Już rok 1924 a z pewnością rok 1925 to czyste sejmowładztwo, nie mające wiele wspólnego z parlamentaryzmem. Wystarczy wspomnieć perypetie rządu Władysława Grabskiego (tego który wprowadził reformę walutową w roku 1924 usuwając polską markę a wprowadzając w jej miejsce złoty polski), któremu Sejm udzielał poparcia jedynie czasowo i z każdą tak zwaną duperelą musiał się Grabski zwracać do Sejmu, prosząc o jej zatwierdzenie. Jeszcze gorzej wyglądało to przy następnym rządzie Aleksandra Skrzyńskiego, który już w ogóle musiał się wręcz prosić o akceptację najdrobniejszych swoich decyzji. Nieco lepiej zaczęło to wyglądać w czasie rządu Witosa, który tworząc koalicję partii prawicowych, miał w miarę stabilną możliwość działania. Ale i jemu nie odpowiadała sytuacja, w której o wszystko musiał prosić się Sejmu. To bardzo bowiem paraliżowało działania rządu i co za tym idzie stawiało skuteczność państwa polskiego pod znakiem zapytania. Zresztą sam Roman Dmowski w tym czasie (lata 1925-1926) myślał o zorganizowaniu zamachu stanu na kształt włoskich faszystów. W grudniu od 1925 r. w wywiadzie dla "Gazety Warszawskiej" stwierdził Dmowski: "Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba". Zresztą obawy o prawdopodobny prawicowy pucz w Polsce były deklarowane również przez dyplomatów takich państw jak Francja, Wielka Brytania czy nawet USA.




Natomiast sytuacja po-majowa nie była taka zła, a wręcz przeciwnie sytuacja gwałtownie się polepszyła i to zarówno w polityce jak i w gospodarce (odnotowano szybki wzrost gospodarczy do października roku 1929, czyli do krachu na Wall Street). Marszałek w swoim rozkazie z 22 maja 1926 r. zatytułowanym: "Do wojska", nikogo nie krytykował, nikogo nie obwiniał, nikogo też nie gloryfikował i nie zamierzał stawiać żadnych pomników wydarzeń majowych (choć byli tacy którzy go do tego namawiali). Jak sam bowiem stwierdzał: "Nie stawia się pomników wojen wewnętrznych". W owym zaś rozkazie z 22 maja pisał: "W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. (...) Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci, a my staniemy do naszej pracy, która ziemię naszą wzmacnia i odradza". Piłsudski stwierdzał że nie chce zmieniać systemu politycznego, ani też przeprowadzać jakiś daleko idących zmian politycznych. Odcinał się od poszczególnych partii - szczególnie od PPS-u, które przecież wsparło go w zamachu majowym (zresztą Piłsudski nigdy nie był socjalistą. Stał się nim tylko po to, aby wywalczyć Niepodległość, bo tam było najwięcej wówczas polskości. Tylko jednego pragnął - Niepodległej Polski, wszystko inne było wtórne). Piłsudski twierdził też że nie zamierza rządzić batem i ma ogromną nadzieję że tak rządzić nie będzie musiał, dał zaś posłom wybranym przez Naród szansę na odnowę moralną. Oczywiście mógłby ktoś powiedzieć że to są zwykłe frazesy i tzw. "mowa trawa", ale niekoniecznie. Jak stwierdził bowiem jeden z polityków Platformy Obywatelskiej (chyba Radosław Sikorski) że obietnice wyborcze dotyczą tylko tych, którzy w nie wierzą, to tak też było z Piłsudskim. Bo to co mówił, wychodziło z głębi Jego serca i On w to naprawdę wierzył, bez względu na to jak to dziwnie brzmiało (jeden z posłów podsumował te wypowiedzi stwierdzeniem: "Gotowanie jajka na kotle okrętowym" - no, być może dla niektórych tak to właśnie wyglądało, dla innych, takich jak chociażby Walery Sławek, czy Aleksander Prystor, czy nawet Kazimierz Bartel to były zapewnienia jak najbardziej autentyczne i szczere). Oczywiście system stworzony przez Piłsudskiego był systemem tymczasowym i na dłuższą metę musiałby i tak zostać zreformowany - to nie ulegało żadnej wątpliwości. Nie da się bowiem rządzić w taki sposób, żeby jedynie dzielić władzę pomiędzy ludźmi jednego obozu, tak się nie da nigdy i nigdzie, ale nie o to też chodziło. Chodziło o stworzenie nowej jakości politycznej która w przyszłości mogłaby przerodzić się w coś, co można by było podsumować słowami "Pokolenie JP1". A trwałość tej struktury (że tak ją nazwę), byłaby ponadpokoleniowa, i choć oczywiście każde kolejne pokolenie ma swoje problemy i cele które pragnie osiągnąć nie oglądając się na poprzedników, to jednak warto zawsze pamiętać o korzeniach. A sam fakt, że po tylu klęskach II Wojny Światowej i potem komunistycznego zniewolenia ten mit Piłsudskiego przetrwał - jest ważny, bo co by było, gdyby nie doszło do tamtych wydarzeń? Ilu by wówczas znalazło się dziś takich jak ja, zdeklarowanych piłsudczyków?





PS: W kolejnej części najpierw kilka słów na temat ustroju politycznego zwanego sanacyjnym (czy też Sanacją), wyjątkowego pod tym względem w skali ogólnoświatowej i nie mającego żadnych precedensów w historii, a potem przejdę już bezpośrednio do międzynarodowych reakcji na sam zamach i narządy po-majowe w Polsce.


CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz