Strony

STRONY

01 lipca 2026

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... - Cz. IV

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





IV
WSPOMNIENIA BARBARY KUBICKIEJ
(CZĘSTOCHOWA)


 "Halo, halo! Tu Polskie Radio Warszawa. Nadajemy komunikat specjalny". Spokojny głos spekera nieco wolniej i dobitniej informował: "Dziś rano o godzinie 4:45 wojska niemieckie przekroczyły granicę Rzeczpospolitej..." Było to już oficjalne powiadomienie społeczeństwa o rozpoczęciu wojny. Mówiło się o niej, zwłaszcza od marca, kiedy kilkuletni sprzedawcy gazet przekrzykiwali się by zyskać nabywców: "Wojna na Zachodzie, Wojna na Wschodzie!". Trudno było przejść obojętnie obok nich, trudno nie kupić gazety, tak sensacyjnie zapowiadanej. Wojna! Uczyłyśmy się o niej na lekcjach historii, ale zawsze działa się gdzieś daleko, kiedyś dawno, bardzo dawno. Teraz dotarła do nas. Jeszcze nie odczułyśmy jej grozy. Irka z maturalnej klasy nawet cieszyła się, że bez egzaminów otrzyma maturę, bo kto będzie zajmował się prozą życia wobec tak ważnych wydarzeń? Halina z naszej klasy już w maju otrzymała promocję, bo wyjeżdżała do Londynu. Była najbogatszą dziewczyną w mieście. Ojciec jej zmarł nagle pod wpływem wieści o spaleniu Żydów w synagodze w Bytomiu. Nam zdawało się to niemożliwe. A jednak... Nie spotkałyśmy się nigdy więcej.

Wakacje były normalne. Po raz pierwszy brałam udział w obozie harcerskim, zorganizowanym przez naszą ukochaną profesorkę/polonistkę. Niezapomniane przeżycia: warty nocne, podchody, ogniska wieczorne, budzenie echa w górach... Poczucie swobody na tle przepięknej przyrody nad Jeziorem Żarnowieckim, wschody i zachody słońca, nasłuchiwanie śpiewu ptaków nocnych, dalekie wędrówki piesze z Kartoszyna do Wejherowa po zakupy i lato, obłędnie urocze lato wolne od jakichkolwiek kłopotów.

W tym nastroju przygotowywałyśmy książki i zeszyty na nowy rok szkolny. Białe kołnierzyki i mankiety do mundurka, wstążki do warkoczy wyprasowane i poukładane równiutko, gotowe na uroczyste rozpoczęcie zajęć. A tu ten komunikat radiowy. Nie będzie zajęć. Nie będzie szkoły. Nie będzie tego wszystkiego, do czego przywykliśmy w ciągu lat. A co będzie? Co to znaczy wojna?

Najpierw - opuszczenie mieszkania i wędrówka w nieznane. Nie ma ustalonych pór posiłków, nie ma wygodnych łóżek do spania w nocy, ani krzeseł do siedzenia. Zatłoczonymi drogami trzeba przedzierać się dniami i nocami, byle dalej, byle na wschód, byle ujść przed nacierającymi Niemcami, o których zachowaniu krążą przerażające wieści. Mamy ze sobą niewygodne i ciężkie maski gazowe i lekkie, ręcznie szyte z flanelki w ostatnim tygodniu. W plecakach - niezliczoną ilość skarpet i mydło. Nie było czasu go wyjąć. Szliśmy w nieprzeliczonym tłumie dorosłych i dzieci, starych i młodych, zdrowych i chorych, jeśli tylko mogli poruszać się jako-tako.

Nagle dał się słyszeć warkot samolotów. Ktoś krzyknął "Alianci! Alianci! Pomoc nadchodzi". Samoloty nadleciały, zniżyły nieco swój lot, więc machaliśmy rękami, powiewali chustami, czym kto mógł. Przecież nie zapomnieli o nas, nie zostawią nas samych! Po kilku zniżonych okrążeniach najniespodziewaniej zaczęto strzelać z karabinów maszynowych do tłumu. Niemcy, po zrobieniu historycznych zdjęć, jak to Polacy witają entuzjastycznie swych wybawców, nie żałowali bomb i jak do kaczek strzelali do bezbronnej ludności. Potem polecieli dalej pełnić swą potworną misję niesienia zagłady.

To właśnie była wojna. Ciągła niepewność, świadomość niebezpieczeństwa, zagrożenie, które czaiło się wszędzie, więc nie było przed nim schronienia.



V
FRAGMENT PAMIĘTNIKA FRANCUSKIEGO DZIENNIKARZA I KORESPONDENTA POLITYCZNEGO ROBERTA de SAINT-JEAN'A
(MAJ 1940)




5 MAJA

 Widziałem Reynauda (Paul Reynaud był wówczas premierem Francji) w Święto Joanny d'Arc, przed pomnikiem na Rue de Rivoli. Ciekawy widok: ten mały człowieczek (...) z przebiegłą orientalną maską, skośnymi oczami i drwiącymi ustami, oddający hołd bohaterce narodowej. To był sceptycyzm oddający cześć wierze, polityka kłaniająca się mistycyzmowi.

To, co nigdy nie przestaje zadziwiać w Joannie d'Arc, to niezwykłe połączenie nadziei silniejszej od wszelkiego rozsądku i jednocześnie przyziemnego zdrowego rozsądku. Podczas gdy wpływowi dżentelmeni jej czasów dowodzili jej, argumentując, że sytuacja jest beznadziejna, ta mała pasterka, niższa od nich urodzeniem i wiedzą, nie dała się przekonać ich sentencjonalnym oświadczeniom. Sama przeciwko wszystkim utrzymuje swoje stanowisko, a wydarzenia potwierdzają jej rację. Gdyby przenieść tę scenę do naszych czasów, chłopka, nagle przeniesiona do rezydencji premiera i spotykająca się tam z generałem Gamelinem, powiedziałaby im obojgu: "Nie, nic nie rozumiecie, i jedyne, co możecie zrobić, to…"

Jednocześnie ta pełna natchnienia młoda kobieta udziela niezwykle precyzyjnych wskazówek i praktycznych porad dotyczących właściwego postępowania. A później, gdy przebiegli prawnicy poddają ją najbardziej zdradzieckiemu przesłuchaniu, będzie wytrącać z równowagi tych, którzy na każdym kroku dążą do jej upadku, udzielając równie błyskotliwych, co śmiałych odpowiedzi. Czy którykolwiek wirtuoz debaty parlamentarnej kiedykolwiek popisywał się tak błyskawicznymi ripostami, jak Joanna d'Arc podczas procesu?

Mistycyzm i rozum, te dwie siły zjednoczyły się w tej, która wyzwoliła Francję. Wśród tych, którzy rządzą Francją, przynajmniej wśród najlepszych, od wielu lat przemawia tylko rozum, rozum krótkowzroczny. Ale o mistycyzmie, albo, jak kto woli, po prostu o namiętności - ani śladu.

Polityka już dawno zredukowała religię we Francji w jej najskromniejszym przejawie: brak mszy śpiewanych, jedynie cicha msza od czasu do czasu. Mamy dwa święta narodowe – Joannę d'Arc i Dzień Bastylii – ale to pierwsze nigdy nie miało takiego znaczenia jak drugie. Dzień Bastylii to święto przyjemności i łatwego życia w najpiękniejszym kraju świata, i niech żyje Dzień Bastylii, jego latarnie, muzyka i kawiarnie na świeżym powietrzu! Dzień Joanny d'Arc natomiast przypomina o wszystkich wysiłkach i poświęceniach, które ukształtowały Francję i pozwoliły jej stać się później tętniącą życiem Francją współczesnych obchodów Dnia Bastylii.


7 MAJA

 Reynaud, pomimo nieobecności Izby, odczuł tak silny niepokój wywołany wiadomościami o naszych niepowodzeniach w Norwegii, że chciał chwycić byka za rogi i nagle zwołać parlament (...). Bezpośredni współpracownicy premiera zdołali odwieść go od kontynuowania tego projektu, wierząc, że posłowie obaliliby ministerstwo, nie dając się zastraszyć zuchwałej inicjatywie premiera. Krótko mówiąc, pozycja gabinetu Reynauda, która poprawiła się dzięki inwazji na Danię i Norwegię, pozostawała potajemnie bardzo niepewna. W środku wojny panował stan ukrytego kryzysu ministerialnego. Rząd pozostał u władzy, ponieważ okoliczności uniemożliwiły jego otwarte obalenie, ale jego przetrwanie było mało pewne. Był jak skazaniec, którego ułaskawienie odnawiało się z dnia na dzień… Reynaud powtarzał, że sytuacja się poprawi, że większość się umocni, ale miewał chwile zwątpienia i zniechęcenia. I nie tylko los jego ministerstwa go martwił.

Kilka dni temu padło dość osobliwe wyznanie: "Ach! Gdybym tylko mógł kupić pokój tanio…". Nagle "silny człowiek" zaczął myśleć jak Daladier w chwilach przygnębienia, a nawet mówić jak zwolennicy pozornego pokoju. Jest pewien że jesteśmy daleko od celu i że pod względem militarnym wynik nie jest widoczny… Z drugiej strony, kilku jego doradców, którzy nie wierzą w możliwość zwycięstwa, szepcze, że "powinniśmy dojść do porozumienia", nie wskazując zresztą w najmniejszym stopniu, na czym kompromis mógłby polegać. Jednocześnie premier nadal nawołuje do energii… Wydaje się, że chwilowo podnosi to jego morale, ale innym razem jego ton się zmienia… Premierowi najbardziej służy widok dowódcy wojskowego, który przemawia do niego z determinacją. Wtedy wyobraża sobie siebie jako architekta zwycięstwa… Jednak rzadko odwiedza armię, co pozbawia go możliwości zobaczenia żołnierzy z bliska i uniemożliwia mu sprawdzenie osobiście, czy to, co powiedzieli mu generałowie, jest prawdą. Być może dlatego, że nie jest człowiekiem, który łatwo zgadza się z masami, Reynaud rzadko pojawia się publicznie.


10 MAJA

"To wszystko": to wszystko, co słyszeli w Paryżu od rana. Innymi słowy, Niemcy o świcie zaatakowały Holandię i Belgię. Wiele miast i lotnisk zostało zbombardowanych w samej Francji: w szczególności Nancy, Calais, Lille, Abbeville i Lyon; na froncie trwał silny ostrzał artyleryjski wroga. Gabinet się zebrał, ale posiedzenie Rady Ministrów zostało przełożone. Zwyczajny człowiek ma o wiele większe zaufanie niż przywódcy, zarówno polityczni, jak i wojskowi. Armia przychodzi Belgom z pomocą, mimo że Belgia nie zwróciła się do nas wcześniej. Zaskakująca decyzja, biorąc pod uwagę ostrożność Gamelina i jego częste uwagi przez całą zimę: "Kto pierwszy z nas, Francuz czy Niemiec, wyjdzie ze swojej skorupy, jest skończony". Być może głównodowodzący zrobił wyjątek od swojej doktryny, ponieważ uważał że presja na interwencję, zarówno ze strony szefa rządu, jak i zwykłego żołnierza, była dla nas zbyt silna… Mógł oprzeć się temu? Nie był człowiekiem, który pozostawałby osamotniony w swoich poglądach, a kiedy zapadła decyzja o wyprawie do Norwegii, oświadczył: "Ulegam presji opinii publicznej i umywam od tego ręce".

Kiedy dotarła do nas wiadomość o wkroczeniu wojsk francuskich i angielskich do Belgii, moment był wzruszający; jedynym powodem do nadziei było wojsko, w którym od lat pokładano wielkie zaufanie (jedną skazą na tym obrazie są słabości sił powietrznych). Krążą pogłoski, że Niemcy osiągnęli już ten czy inny punkt, ale nie ma na to potwierdzenia. Wiadomo jedynie, że dziesiątki dużych samolotów transportowych przyleciały i wylądowały z niemieckimi żołnierzami w okolicach Hagi. Rządy Holandii i Belgii odmówiły kapitulacji przed nazistowskim ultimatum, a wielka księżna Charlotte opuściła Luksemburg.

(...) W Londynie panuje kryzys na szeroką skalę; Chamberlain odchodzi, a ostatecznie ogłoszono dojście Churchilla do władzy. Gamelin zostaje "skonsolidowany" przez Hitlera (podobnie jak Reynaud 9 kwietnia) i wydaje żołnierzom rozkaz generalny, przypominając im, że przewidywał dzisiejszą ofensywę od początku wojny. W sztabie generalnym i biurze operacyjnym, panuje poważne zaniepokojenie, że współpraca z armią belgijską i holenderską będzie musiała zostać niemal całkowicie improwizowana.

 Hitler w proklamacji oświadczył, że wydarzenia na polu bitwy zadecydują o losie narodu niemieckiego na tysiąc lat. To była jego liczba, często jej używał; taki właśnie okres przydzielił swojemu reżimowi, ani więcej, ani mniej. Tego wieczoru Reynaud powiedział krótko przez radio: "Armia francuska dobyła miecza, Francja pogrążona jest w żałobie… itd." Szacuje się, że w Holandii maszeruje około trzydziestu niemieckich dywizji.


12 MAJA

Jeden z fortów twierdzy Eben Emael został schwytany przez wroga, który podobno zdołał już przekroczyć Mozę z jednej strony i Kanał Alberta z drugiej. To przekreśla nadzieje dowództwa, które liczyło na znacznie dłuższy opór. Niemieckie czołgi przeprawiają się albo przez mosty, które nie zostały zniszczone (zaskoczone), albo przez mosty pontonowe. W Amsterdamie i Rotterdamie widziano agentów piątej kolumny wyłaniających się grupami z niektórych budynków, strzelających do policji i torujących drogę spadochroniarzom.

Wizyta u Dautry'ego, w jego biurze (...) Minister Uzbrojenia nie zniechęca się, choć niektóre fabryki poniosły już znaczne szkody, ale telegramy otrzymywane od kierownictwa firm są bardzo zachęcające: "Produkcja utrzyma tempo pomimo poniesionych szkód. Morale pracowników jest doskonałe" itd. Kiedy rozmowa schodzi na temat maszyn i samolotów zamówionych w Stanach Zjednoczonych, twarz ministra ciemnieje, ponieważ minie dużo czasu, zanim zostaną dostarczone znaczące ich ilości. Popełniono ogromny błąd w planowaniu, jakby byli pewni, że będą w stanie utrzymać ten wysiłek przez lata, a ponadto, ze względów ekonomicznych, woleli budować fabryki we Francji i kupować obrabiarki w Ameryce. Stąd długie opóźnienia. Nie wzięli też pod uwagę, że oprócz czasu, będzie to wymagało powrotu do fabryk żołnierzy, którzy musieliby zostać wezwani z frontu. Kiedy zapytałem Dautry'ego, czego najbardziej potrzebuje w Ameryce, odpowiedział: "Wszystkiego!". Bez komentarza… Podsekretarze stanu zostali "zdymisjonowani": Rząd jest zdecydowanie tworem ciągłym, a nowi ministrowie są stale dodawani do pierwotnej listy. To robi złe wrażenie na opinii publicznej… Byłoby lepiej, gdyby… raz na zawsze utworzyć rząd wojny o ograniczonym zasięgu, coś w rodzaju "Komitetu Ocalenia Publicznego", ale Reynaud podejmował ten pomysł stopniowo, z ostrożności.

Kiedy Ministerstwo Informacji musiało poinformować dziennikarzy o bombardowaniach przeprowadzonych w różnych częściach kraju przez niemieckie siły powietrzne, otrzymało od dowództwa rozkaz sugerowania, że wróg celował wyłącznie w cele wojskowe. W rzeczywistości nigdy nie przeprowadza się nalotów wyłącznie na cele wojskowe, a bomby zawsze trafiają w kościoły, szkoły czy szpitale, zabijając cywilów… Krótko mówiąc, to kwestia interpretacji. Potwierdza się, że Nancy bardzo ucierpiało w ciągu ostatnich dwóch dni.


14 MAJA 

 Bardzo złe wieści. Na wojskowej konferencji prasowej zorganizowanej dla zagranicznych dziennikarzy w Ministerstwie Wojny, umniejszają oni jak tylko mogą, prawdę, która przewyższa wszelkie nasze obawy. Armia Corapu poniosła poważny cios; region Sedan po raz kolejny stał się synonimem katastrofy. Rezerwiści, którzy tam byli, spóźnili się na swoje pozycje i nie utrzymywali ich bezpiecznie (...). To niemieckie natarcie, którego się nie spodziewano, ponieważ uważano że Ardeny zbytnio spowolnią natarcie kolumn zmotoryzowanych i że obiorą inną trasę, zagraża armii, która z Giraudem na czele wróciła już do południowej Holandii. Uchodźcy tłoczący się na drogach w Belgii znacznie utrudnili ruchy wojsk brytyjskich. Francuskie czołgi napotkały niemieckie czołgi w Belgii, w pobliżu Saint-Trond, ale było ich zbyt mało. W sumie zderzyłoby się ze sobą półtora tysiąca pojazdów. Wszędzie brakuje nam czołgów i staramy się wykorzystać te, które mamy, jak najmniej, aby zachować je na decydujący moment… Przypomniałem sobie uwagę Daladiera na temat Gamelina, o której mi doniesiono, a na którą nie zwróciłem wystarczającej uwagi: "Czego ode mnie oczekujesz?. Gamelin nie lubi czołgów".

Jeśli chodzi o samoloty, oficer powracający dziś wieczorem z bitwy mówi, że najczęściej słyszanym pytaniem wśród żołnierzy jest: "Ale gdzie są nasze?" I oczy podnoszą się ku niebu, skąd niemieckie samoloty przelatywały z dużą prędkością, ostrzeliwując bezładnie kolumny cywilów i kolumny żołnierzy.

(...) Daladier udał się do króla Leopolda, aby spróbować rozwiązać problem Belgów, ponieważ nie dało się walczyć z pojedynczą armią niemiecką, mając kilka armii wykonujących różne rozkazy. Słabości, które pozwoliły Belgii stopniowo wyrwać się z orbity angielsko-francuskiej i zająć niezależną pozycję - to znaczy, w istocie, pozycję korzystną dla Niemiec - były dziś drogo okupione. Trudno będzie później wytłumaczyć, w jaki sposób alianci, po strasznej lekcji z 1914 roku, pozostawili Belgię poza kontrolą militarną… Brak instynktu samozachowawczego wśród demokracji był czymś przerażającym.

To, co wydarzyło się w kilku holenderskich miastach, było, jak się wydaje, niewiarygodnie okrutne, z Niemcami bezlitośnie niszczącymi i mordującymi. Liczba ofiar cywilnych jest szacowana na tak ogromną, że aż trudno w to uwierzyć… Tysiące Holendrów przemierzyło Belgię i wraz z jeszcze większą liczbą Belgów uciekło drogami Francji.


"A WTEM LOTNICTWO SIĘ POJAWIŁO, Z GÓRY SZEREGI WSPIERAJĄC SWE, 
A NASZYCH ORŁÓW WIDAĆ NIE BYŁO, CO NAS ZMUSIŁO COFNĄĆ SIĘ" 😟



15 MAJA

 Od czasu zdobycia Sedanu, bitwa nad Mozą nazywana jest "bitwą graniczną"... Niemieckie przyczółki zostały zaatakowane, lecz bezskutecznie, a czołgi nieustannie przybywają na brzeg, który wróg już mocno obsadził... Dowódca armii holenderskiej, Winkelman, zażądał zaprzestania walk, ale wiadomo że flota królowej Wilhelminy będzie nadal bronić kolonii holenderskich .

Uważa się, że Niemcy mają co najmniej dziesięć tysięcy czołgów, my mamy ich tylko siedemset. Jeśli chodzi o stosunek samolotów, to wynosi on w przybliżeniu jeden samolot francuski na dziewięć niemieckich.

(...) Sedan był wyborem celowym, z założeniem, że w każdej chwili może nastąpić kontrofensywa, która zagrozi flankom wroga; jednak, według zebranych informacji nie było mowy o tak zakrojonym na szeroką skalę przedsięwzięciu. Niemniej jednak tłum nie mógł się powstrzymać od wyobrażenia sobie powtórki "cudu", jakby cuda mogły się powtarzać na zawołanie!

Generał Giraud dowodzi Dziewiątą Armią, po tym jak Corap został odwołany. Odwrót armii, która wkroczyła do Belgii, wydaje się bardzo trudny. Co ciekawe, ustalono, że podczas natarcia armia ta nie została zbombardowana przez Niemców… Król Belgów nadal odmawia podporządkowania swojej armii francuskiemu dowódcy: jest to zasada "każdy sam dla siebie" z przedwojennej dyplomacji , która obecnie rozciąga się na sprawy wojskowe.


DALSZĄ CZĘŚĆ PAMIĘTNIKA de SAINT-JEAN'A BĘDĘ KONTYNUOWAŁ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH I POPROWADZĘ GO AŻ DO KAPITULACJI FRANCJI W CZERWCU 1940 r.



STYCZEŃ 1939
Cz. II




2 stycznia amerykański tygodnik społeczno-polityczny "Time" w okładkowym artykule pt. "Adolf Hitler, the man of the year 1938" napisał: "Najważniejsze wydarzenia 1938 r. miały miejsce 29 września, kiedy czterej politycy spotkali się w rezydencji Führera w Monachium, żeby przerysować mapę Europy. Na tę historyczną konferencję przybyli premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain, premier Francji Éduard Daladier, dyktator Włoch Benito Mussolini. Jednak wbrew pozorom najważniejszą postacią w Monachium był niemiecki gospodarz Adolf Hitler. Wódz narodu niemieckiego, naczelny dowódca niemieckiej armii, marynarki wojennej i lotnictwa, kanclerz III Rzeszy, pan Hitler zebrał tego dnia w Monachium żniwo zuchwałej, prowokacyjnej, bezwzględnej polityki, którą prowadził przez 5 i pół roku. Złamał postanowienia traktatu wersalskiego. Uzbroił Niemców po zęby, ukradł Austrię na oczach przerażonego i bezsilnego świata. Wszystkie te wydarzenia wstrząsnęły narodami, które zaledwie 20 lat temu pokonały Niemców na polach bitwy. Nic tak jednak nie przestraszyło świata, jak bezwzględne metodyczne działania nazistów wobec Czechosłowacji, które latem i jesienią ubiegłego roku zagroziły wojną światową. Kiedy więc bez rozlewu krwi Hitler obrócił Czechosłowację w swoje marionetkowe państwo, wymusił drastyczną rewizję europejskich sojuszów obronnych i uzyskał obietnicę od Wielkiej Brytanii (a potem Francji) o wolnej ręce w Europie Wschodniej, bez wątpienia stał się człowiekiem roku 1938. Większość innych postaci wraz z końcem roku traciła na znaczeniu".




W nocy z 1 na 2 stycznia zmarł Roman Dmowski (ur. w 1864 r.) polski polityk, dyplomata, przywódca obozu narodowego. Zmarł w majątku swoich przyjaciół Marii z Lutosławskich i Mieczysława Niklewiczów w Drozdowie na ziemi łomżyńskiej. Pierwotnie przywódcy Stronnictwa Narodowego (Kazimierz Kowalski i prof. Władysław Folkierski) zamierzali uzyskać zgodę od prymasa kardynała Augusta Hlonda, aby ciało Romana Dmowskiego złożyć w poznańskiej Złotej Kaplicy Bolesława Chrobrego, lecz gdy kardynał odmówił, uznano że ciało przywódcy obozu narodowego spocznie w grobie rodzinnym na bródnowskim cmentarzu w Warszawie. 4 stycznia trumna z ciałem Dmowskiego została wystawiona we dworze Niklewiczów (w salonie przerobionym na kaplicę). Przed budynkiem gromadziła się spora grupa ludzi którzy po raz ostatni chcieli pożegnać Dmowskiego. Następnie trumnę przeniesiono na sanki i konno zwieziono do katedry łomżyńskiej. 

Izabella z Lutosławskich-Wolikowa (siostra Marii) tak zanotowała to wydarzenie w swoim pamiętniku: "Kiedy orszak wkracza w ulice miasta, za trumną idą już ogromne tłumy. W takt marsza żałobnego Chopina kondukt z trudem posuwa się naprzód. Trumnę z ramion działaczy narodowych przejęli przedstawiciele obywatelstwa łomżyńskiego. W bogato przybranej katedrze złożono na wyniosłym katafalku zwłoki Wielkiego Polaka. Obok ustawiono dwa wielkie miecze Chrobrego, okryte czernią". Po uroczystościach żałobnych w Łomży, trumnę z ciałem Dmowskiego ustawiono w wagonie-kaplicy pociągu udającego się do Warszawy. Po drodze (podobnie jak prawie cztery lata wcześniej w owe dni majowe 1935 r. gdy żegnano Marszałka Józefa Piłsudskiego - który jednocześnie był antagonistą Dmowskiego, choć wydaje się że ów spór obu panów trwał bez wzajemnej nienawiści. Spotkali się po raz pierwszy jeszcze w 1893 r. w Wilnie, a poróżniła ich głównie miłość do tej samej kobiety - Marii Juszkiewiczowej. Zwycięsko z tego boju wyszedł Piłsudski, a Maria sześć lat później została jego żoną. Poza tym różniły ich też kierunki polityki zagranicznej, Piłsudski twierdził bowiem że przede wszystkim należy rozbić Imperium Rosyjskie, bo bez tego nie narodzi się wolna Polska, Dmowski zaś największe zagrożenie widział w Niemcach. Piłsudski również dążył do odbudowy nowej Rzeczypospolitej Jagiellońskiej, Dmowski zaś uważał że należy inkorporować zajęte terytoria i je "spalszczać", a tych których nie da się spolszczyć - odrzucić (innymi słowy te ziemie na Wschodzie, gdzie żywioł niepolski dominowałby nad polskim i nie byłoby szans na jego polonizację, należało oddać Rosji).

Jednak w książce "Myśli nowoczesnego Polaka" z 1903 r. (Notabene, z tego co słyszałem od swoich znajomych z Niemiec, to dopiero niedawno została ta książka przetłumaczona na język niemiecki) znalazło się wiele odniesień Dmowskiego, które doskonale można przełożyć na czasy współczesne. Jak choćby te: "W społeczeństwie naszym, nawet wśród szlachetniejszej jego części oświeconej, jest o wiele więcej kosmopolitów, niż nam się zdaje (...) zamiast bliskiego sobie społeczeństwa stawiają sobie na ołtarzu oderwaną ludzkość z jej niepochwytnymi prawami i interesami, zamiast realnego życia - fikcję, która nic w życiu nie zawadza, bo do niczego nie zobowiązuje". Albo: "Wszystko co polskie jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne". Albo: "Na głębszych podstawach oparty patriotyzm nie potrzebuje też żywić się i wspierać przekonaniem o wyższości swego narodu nad innymi, a poczucie niższości własnego narodu pod jakimkolwiek względem nie może zmniejszyć jego moralnej siły". Albo: "Najpopularniejsze u nas hasło: nie drażnić wrogów - jest hasłem narodu pragnącego sobie zapewnić spokojną wegetację, nie życie, bo wszelkie przejawy naszego życia, naszej energii czynnej z natury rzeczy najsilniej tych wrogów drażnią". Albo: "Nasza moralność narodowa przy pewnym jałowym sentymentalizmie dziś polega przeważnie na braku zupełnym czynnej miłości ojczyzny". Trudno się nie podpisać pod tymi stwierdzeniami.

Tak więc po drodze trasy pociągu z trumną Romana Dmowskiego zbierały się olbrzymie tłumy. 6 stycznia trumna została umieszczona w kaplicy katedralnej w Warszawie, a uroczystość pożegnalna odbyła się w owej katedrze 7 stycznia (nabożeństwo transmitowano również za pomocą głośników na Rynku Starego Miasta i na ulicy Świętojańskiej). Następnie ruszył kondukt żałobny (który otwierało 58 kapłanów) idący na cmentarz bródnowski. Było mnóstwo najróżniejszych stowarzyszeń (na czele oczywiście ze Stronnictwem Narodowym), obecny był również były prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. W sumie kondukt żałobny tworzyło jakieś 100 tys. ludzi (nie było tylko prezydenta Ignacego Mościckiego i członków rządu - mimo wszystko... nie rozumiem - dlaczego). Ojciec Bonawentura Podhorecki tak scharakteryzował postać Romana Dmowskiego: "Szanując jednostkę, szanował naród. Widział w narodzie twór Boży, wierzył w posłannictwo narodu i starał się je z tła dziejów odczytać. Mimo że znał wady swego narodu na wylot, nigdy narodu swego z błotem nie zmieszał, nigdy nie opluł. Naród nie był dlań stadem zwierząt, które trzeba popędzać batem, ale zbiorem wolnych jednostek, które należy wychowywać podsuwaniem wartości i stawianiem ideałów przed oczy".




5 stycznia w Obersalzbergu minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Józef Beck spotkał się z kanclerzem Rzeszy Adolfem Hitlerem. Tak tę wizytę opisywał "Ilustrowany Kurier Codzienny" (czyli popularny "Ikac"): "Wizyta ministra Becka u kanclerza Hitlera nie jest nagłą niespodzianką, lecz logiczną konsekwencją polskiej polityki zagranicznej i stosunków łączących Polskę z Rzeszą... Przyjęcie, jakiego minister Beck doznał w Obersalzbergu i okazane mu honory uważane są za wyrazy dążenia rządu Rzeszy do utrzymania z Polską jak najbardziej przyjaznych stosunków". Tak naprawdę podczas tego spotkania Hitler zdecydowanie postawił kwestię zwrotu Niemcom Gdańska i budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich. Stwierdził: "Gdańsk jest niemiecki, zawsze pozostanie niemiecki i wcześniej czy później stanie się cząstką Niemiec". Dodał jednak że Niemcom zależy na dobrych stosunkach z Polską i nie zamierzają wszczynać z tego powodu wojny. Beck odmówił przyłączenia Gdańska do Rzeszy, a w swych pamiętnikach zapisał: "Po mojej spokojnej, ale uzasadnionej odmowie cofnął się jeszcze, tym razem nie stawiając sztywnych formuł ani definitywnych żądań". 6 września Józef Beck spotyka się z ministrem spraw zagranicznych Rzeszy - Joachimem von Ribbentropem i on raz jeszcze formułuje te same żądania co dzień wcześniej Hitler, tylko w ostrzejszej formie. Beck raz jeszcze odmawia, ale po powrocie do Warszawy zdaje relację prezydentowi i marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu ze swych niemieckich negocjacji, podkreślając że to wszystko może prowadzić do wojny. Podczas narady na Zamku zapada ostateczna decyzja co do dalszego postępowania w kwestii niemieckich żądań - po pierwsze stanowczość, po drugie zachowanie spokoju i określenie wyraźnej granicy między prowokacją a non possumus. Przyjęcie niemieckich żądań byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem Polski za wasala lub też satelitę Niemiec, a na to ludzie którzy 20 lat wcześniej odzyskali niepodległą Polskę nie mogli sobie pozwolić.

7 stycznia w "Kurierze Warszawskim" ksiądz doktor Zygmunt Wędłowski ubolewa nad niepokojącymi przesłankami w kwestii przyrostu naturalnego, pisząc: "Jednym z najbardziej niepokojących przejawów naszego życia narodowego jest spadek przyrostu naturalnego (...) Ojcostwo i macierzyństwo staje się pogardzane i znienawidzone. Strach przed dzieckiem przeradza się w nienawiść do dziecka. Dziełem tej nienawiści jest wielkie żniwo śmierci nienarodzonych. I u nas wytworzony stan rzeczy musi budzić przerażenie. Czystość pojęć o celu małżeństwa zanika w Polsce coraz bardziej. Przewrotność występku w tej dziedzinie zaczyna tracić swą grozę. Ludzie przestają się już wstydzić czynów przeciwnych naturze. Odwrotnie, wyrafinowana propaganda, idąca pod hasłem tak zwanego świadomego macierzyństwa, uczyniła z tych występów przedmiot mody, wyraz rzekomego postępu społecznego i kulturalnego (...) te występki zyskują coraz szersze prawo obywatelstwa i bywają przez niektórych podnoszone do rangi nowego obyczaju narodowego. Szerzą się one nie tylko wśród naszej inteligencji, ale dzięki propagandzie przeniknęły do sfer robotniczych i na wieś (...) polska rodzina, będąca dotychczas obrazem zdrowia moralnego i płodności, zaczyna ulegać tej chorobie. Coraz mniej małżeństw i coraz mniej dzieci". No proszę, jakby wyjęte ze współczesności.

8 stycznia pilot Tadeusz Góra został uhonorowany najwyższym odznaczeniem szybowniczym przyznawanym przez Międzynarodową Federację Lotniczą - medalem Otto Lilienthala (medal ten został wówczas wręczony po raz pierwszy). Tadeusz Góra zdobył go, wykonując w maju poprzedniego roku swobodny przelot szybowcem PWS-101 na trasie o długości 577 km. między Bezmiechową Górną w Bieszczadach a Solecznikami. Był też szykowany na planowaną w 1940 r. Olimpiadę w Helsinkach. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której zbiegł i po licznych perypetiach dotarł do Wielkiej Brytanii. Tam latał w polskich dywizjonach myśliwskich 305, 306 i 315, zaś na liście zwycięstw powietrznych znalazł się na 220 pozycji (na 447 miejsc). Po wojnie w stopniu porucznika wrócił do Polski (a raczej do polskiej komunistycznej rzeczywistości). W 2007 r. dostał awans na generała brygady w stanie spoczynku.


POLACY TWORZYLI NAJBARDZIEJ SKUTECZNE FORMACJE BOJOWE W BITWIE LOTNICZEJ O WIELKĄ BRYTANIĘ W ROKU 1940



11 stycznia w pamiętniku Romany Oszczakiewicz znalazł się zapis: "Zwlekałam z rozpoczęciem w tym roku notatek chcąc ten rok zapoczątkować na wesoło. Właściwie mogłabym, bo życie dało mi wiele różnych radości, ale moje samopoczucie pozbawia mnie beztroskiego tonu. Może winę ponosi za to brak zdrowia. Dziwnie jednak podobny jest mój niepokój, a nawet strach z okresu, jaki poprzedzał nagłą śmierć Marszałka. Świadomość tego podobieństwa potęguje jeszcze trwożne oczekiwanie czegoś przykrego. Przykrego to określenie nieudolne, ale nie chcę roztrząsać nastrojów wynikłych być może z neurastenii. Parę dni temu minister Beck wracając z wczasów na wybrzeżu francuskim zatrzymał się w Niemczech. Bardzo serdeczna rozmowa z Hitlerem trwała trzy godziny. Mimo tej serdeczności gazety nadal donoszą o ekscesach niemieckich. A nasza delegacja, która pojechała do Berlina w sprawie nieszczęśliwej mniejszości Polskiej wróciła z niczem. Wyszła też broszura niemiecka w języku angielskim skierowana przeciwko Polsce z mapką, na której Pomorze i Poznańskie należą do Niemiec, a wschodnia część kraju do Ukraińców. O czym więc mówił Beck z Hitlerem? Czy Beck jest patriotą, czy zdrajcą?"
 



14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczypospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO



CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz